archiwum » 2007 » Edward Kmiecik / Artyści z naszego podwórka

Edward Kmiecik / Artyści z naszego podwórka

Edward Kmiecik

 

Artyści z naszego podwórka...

otwarcie: sobota, 8 grudnia 2007, godz. 18.00

wystawa czynna od 8 do 11 grudnia 2007 r.

 

Artyści z naszego podwórka... to projekt zakładający cykliczną promocję twórczości artystów Przemyśla w formie organizowanych sukcesywnie wystaw indywidualnych w Galerii Sztuki Współczesnej w Przemyślu. Przemyscy plastycy stanowią najliczniejsze środowisko twórcze naszego miasta. Mieszka tutaj i pracuje wielu znakomitych artystów. To właśnie Ich twórczość chcielibyśmy przybliżyć. Projekt nawiązuje do cyklu artykułów pod tym samym tytułem, których edycję rozpoczął w roku 2005 miesięcznik „Nasz Przemyśl”. Rozpoczynamy prezentacją twórczości Edwarda Kmiecika, artysty niezwykłego, a jednocześnie tak bardzo związanego z Przemyślem.

Organizatorzy

 

 

Edward Kmiecik urodzony w 1928 roku w Czortkowie na Podolu. Studia na Wydziale Ceramiki i Szkła Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Dyplom w 1956 roku. Miał kilkanaście wystaw indywidualnych (m.in. w czeskiej Pradze w 1986 roku), brał udział w licznych plenerach oraz kilkudziesięciu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. W latach osiemdziesiątych był stypendystą Ministerstwa Kultury i Sztuki, W 1983 roku otrzymał nagrodę Prezydenta Miasta Przemyśla. Za działalność twórczą uhonorowany został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków.

 

Życiowe i twórcze drogi Edwarda Kmiecika

Długą drogę przebył Edward Kmiecik z rodzinnego Czortkowa do Przemyśla, gdzie, po różnych życiowych perypetiach, osiadł na stałe. Drogę życiową i drogę twórczą. Jego los zdeterminowała historia, podobnie jak i los tysięcy mieszkańców dawnych polskich kresów, uczestników wielkich repatriacyjnych wędrówek.

Urodził się w 1928 roku w Czortkowie na Podolu; starym, kresowym mieście nad rzeką Seret, zamieszkałym przez Polaków, Ukraińców i Żydów.

- Jakże piękna była to okolica; głębokie jary Seretu, podolskie wzgórza, skały, lasy, łąki – do dziś mam te obrazy w pamięci. Nasz dom stał przy ulicy, noszącej wróżebną dla mnie nazwę - Widok 4, u szczytu dużej góry, tuż przy stromej skarpie. Tak więc, na co dzień miałem wspaniały widok na całe miasto, niemal jak z samolotu. Myślę, że te przepiękne, intrygujące panoramy rozbudziły moją wyobraźnię i wrażliwość na estetyczne bodźce. Bardzo wcześnie zacząłem rysować i malować, a najbliższa rodzina była przychylna mojej plastycznej pasji...

Zamiłowanie do rysunków nie było krótkotrwałą, dziecięcą fanaberią Edwarda Kmiecika; ba, wkrótce stało się bardzo przydatne, nie tylko dla autora ale także dla jego najbliższych. Wybuchła druga wojna światowa. Do Czortkowa wkroczyła Armia Czerwona, miasto dostało się we władanie władzy radzieckiej.

W nowej, nieoczekiwanej sytuacji, ujawniony talent plastyczny okazał się nadzwyczaj pomocny. Matka młodego artysty nieraz wymieniała jego prace na, bardzo wówczas poszukiwaną, żywność. Czyniła to zarówno za okupacji radzieckiej, jak i niemieckiej. Po przepędzeniu Niemców, wiosną 1944 roku, znowu zaprowadzono w Czortkowie radzieckie porządki. Powszechna ideologizacja objęła praktycznie wszystkie dziedziny życia. Nawet w szkole, do której uczęszczał Edward Kmiecik, uczniowie wykonywać musieli, zgodne z nowymi wymogami, zadania.

Jeden z nauczycieli nakazał kiedyś uczniom narysować portret Stalina. Później zakwestionował on autorstwo Kmiecika, gdyż uznał, że przywódca Kraju Rad jest zbyt dobrze wykonany. Ten szkolny incydent, jakimś sposobem, musiał dotrzeć „gdzieś wyżej”, gdyż wkrótce potem w domu Kmiecików pojawił się radziecki oficer, który „internował” zdolnego ucznia i nakazał udekorować miejscowe koszary wojskowe.

Rodzina Kmiecików od początku nie miała złudzeń; wiedzieli, że nie potrafią się zaadaptować do nowej rzeczywistości. Kiedy tylko stało się jasne, że granica Polski zostanie mocno przesunięta na wschód, wystąpili o kartę repatriacyjną. Po jej otrzymaniu trzeba było zostawić rodzinny dom, spakować do towarowego wagonu najniezbędniejszą część dobytku, i wyruszyć w długą podróż.

W grudniu 1944 roku znaleźli się w Przemyślu. Ich pierwszą kwaterą był budynek dzisiejszego Starostwa Powiatowego, gdzie (wraz z innymi repatrianckimi rodzinami) koczowali przez kilka tygodni. Pół roku później wyjechali do Kłodzka, gdzie ojciec Edwarda, z zawodu kolejarz, znalazł zatrudnienie.

Powikłane, wojenne i powojenne, losy sprawiły, że szkolna edukacja Kmiecika nie przebiegała płynnie. Nie obyło się bez, wymuszonych przez okoliczności, roszad. Naukę zaczynał w Czortkowie, w polskiej szkole, później była radziecka dziesięciolatka, zaś w czasach niemieckich - szkoła handlowa. Po repatriacji uczęszczał krótko do Gimnazjum w Przemyślu, potem Liceum Pedagogicznego w Kłodzku, by wreszcie uzyskać maturę w Liceum Sztuk Plastycznych we Wrocławiu.

W 1948 roku Edward Kmiecik zdał egzamin do wrocławskiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych (przemianowanej niebawem na Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych). Ciężkie warunki materialne zmusiły go wkrótce do przerwania studiów. Podjął wtedy stałą pracę w Ośrodku Funduszu Wczasów Pracowniczych w Karpaczu, gdzie miał okazję wykorzystać swoje plastyczne umiejętności. Po dwóch latach przerwy, powrócił na wrocławską uczelnię, którą opuścił w 1956 roku, zdobywając (z wynikiem bardzo dobrym) dyplom na wydziale ceramiki i szkła. Dziś z wdzięcznością wspomina swoich ówczesnych profesorów, takich jak: Eugeniusz Geppert, Emil Krcha, Stanisław Pękalski czy Stanisław Dawski.

Jeszcze przed obroną dyplomu i uzyskaniem tytułu – „dyplomowanego artysty plastyka”, podjął Kmiecik współpracę z jednym z popularnych wrocławskich dzienników. Rychło okazało się, że to, co miało być tylko chwilowym epizodem, przerodziło się w jeden z ważnych nurtów jego twórczości. A wszystko przez profesora Stanisława Dawskiego, rektora PWSSP, który w 1953 roku zarekomendował go redakcji „Słowa Polskiego”.

- Zlecono mi rysowanie karykatur i niedużych portrecików, czyli tak zwanych „główek”. Dziś wspominam to jako wspaniałą przygodę, ale wówczas czasem zżerała mnie trema, zwłaszcza w kontaktach z najsławniejszymi postaciami. Zresztą te sławy najczęściej okazywały się bardzo przystępne i życzliwe młodemu studentowi. Kogóż ja wówczas nie rysowałem? Aktorzy, estradowcy, pisarze, sportowcy, a także – zgodnie z wymogami epoki – „przodownicy pracy”. Jeden z moich pierwszych modeli, Henryk Tomaszewski, choć niewiele starszy ode mnie, był już uznaną sławą; to on umożliwił mi szkicowanie, podczas prób baletu i pantomimy. Kiedyś, w trakcie jednego dnia, w przerwach pomiędzy występami w Hali Ludowej, sportretowałem dostojne grono: Mieczysława Fogga, Marię Koterbską i Adolfa Dymszę. Tego ostatniego jakoś nie mogłem uchwycić; aż pan Dodek sam mi dopomógł; zrobił odpowiednią minę, uniósł brwi i rzucił „Wal pan raz jeszcze. O, teraz...” Twarz nabrała tak charakterystycznego wyrazu, że „machnąłem” go błyskawicznie. Ze wzruszeniem wspominam też spotkanie z Igorem Newerlym. To chyba mój, dość ubogi, wygląd sprawił, że sławny pisarz, po sportretowaniu, sięgnął po portfel. Kiedy odmówiłem przyjęcia zapłaty, informując, że otrzymuję honorarium z redakcji, życzliwy autor „Pamiątki z Celulozy” natychmiast zamówił u mnie portret do swoich prywatnych zbiorów. Tym razem nie odmówiłem...

Po studiach Edward Kmiecik imał się różnych zajęć, nie zaniedbując przy tym pracy twórczej. Był projektantem form i zdobiny w Hucie Szkła Kryształowego „Violetta” w Stroniu Śląskim; uczył rysunków w szkole, a także prowadził zajęcia plastyczne z dziećmi i młodzieżą w placówkach upowszechniania kultury. Zajmował się też projektowaniem wnętrz lokali gastronomicznych w powiecie kłodzkim, a także wykonywał monumentalne plansze reklamowe m.in. dla kin w Kłodzku i Polanicy Zdroju. Sztuka użytkowa, realizowana w formie licznych plansz i reklam, nie przysłoniła aktywności artystycznej w ścisłym tego słowa znaczeniu, czego dowodem udział w wielu wystawach zbiorowych, organizowanych na Dolnym Śląsku, na których prezentował swoje rysunki, malarstwo, grafikę i szkło.

W 1962 roku losy znowu przywiodły go do Przemyśla, do czego niewątpliwie przyczyniła się, poznana w Kłodzku, żona – Łucja, rodowita przemyślanka. Kiedy państwo Kmiecikowie osiedlili się w Przemyślu, miejscowe środowisko plastyczne (mocno przetrzebione przez wojnę) reprezentowało kilka osób, starszego już, pokolenia. Żyli i pracowali, urodzeni jeszcze w XIX wieku, tacy artyści jak: Stefania Jacyszyn, Marian Stroński i Stefan Wyrwicz. Kilka lat wcześniej zmarł malarz i rzeźbiarz Józef Wilk. Edward Kmiecik był pierwszym profesjonalnym plastykiem po wyższych studiach artystycznych, który dołączył do tego starszego pokolenia. Po nim przybywali nad San kolejni twórcy.

- Przemyśl, który pamiętałem jedynie z repartianckiego epizodu, zauroczył mnie i zainspirował do twórczego wysiłku. Piękne krajobrazy i atmosfera, cokolwiek bardziej kresowa, nieco przypominająca rodzinny Czortków. Uznałem, że to dobry wybór, że tutaj będę mógł rozwijać, zwłaszcza swoje zainteresowania pejzażem...

Tymczasem trzeba było z czegoś wyżywić rodzinę, a sama praca twórcza nie dawała na to wystarczających gwarancji. Edward Kmiecik podjął pracę w Spółdzielni Wielobranżowej. Projektował i wykonywał przede wszystkim plansze reklamowe, aranżował wnętrza licznych zakładów gastronomicznych. Korzystając ze zleceń Pracowni Sztuk Plastycznych w Rzeszowie, działał praktycznie na terenie całego województwa rzeszowskiego. Wykonywał też polichromie w obiektach sakralnych. Ze swoich licznych realizacji z tamtego okresu szczególnym sentymentem darzy projekt aranżacji wojewódzkiej wystawy rolniczej, która odbywała się w Przemyślu w 1969 roku oraz – wykonany społecznie - kompleksowy projekt wnętrza przemyskiego zakładu fryzjerskiego „Wenus” przy ulicy Franciszkańskiej, gdzie zmaterializował swoje doświadczenia z nowatorskim wykorzystaniem szkła.

Kolejne zatrudnienie znalazł Kmiecik w Zakładach Elementów Automatyki Przemysłowej „Mera – Polna”, jako projektant form przemysłowych. Jego głównym zadaniem było aranżowanie plastyczne licznych wystaw i pokazów; sporo uwagi poświęcił też zakładowemu ośrodkowi kultury przy ulicy Mickiewicza, projektując wnętrze tego obiektu, z zastosowaniem mozaiki szklanej i metaloplastyki.

Współpraca z wrocławskim „Słowem Polskim” (oraz sporadycznie z tamtejszą „Gazetą Robotniczą” i „Tygodnikiem Katolickim”, a także z bytomskim „Gwarkiem” i „Gazetą Kujawską” z Inowrocławia) nie okazała się jedynie incydentalnym kontaktem. Mieszkając w Przemyślu, artysta szybko nawiązał współpracę z redakcjami gazet zakładowych: „Echa Załogi” z Dębicy, „Glinika” z Gorlic oraz „Chełmka” z Chełmku, gdzie zamieszczał liczne rysunki, głównie portrety i satyry. Kiedy w 1967 roku powstał tygodnik „Życie Przemyskie”, Edward Kmiecik, od samego początku, stał się jego stałym współpracownikiem, a w 1970 roku został zatrudniony w charakterze redaktora graficznego.

- Chętnie podjąłem się tej pracy, gdyż mogłem w niej wykorzystać, nabyte już wcześniej, prasowe doświadczenie; a ponadto praca ta dawała duże możliwości twórczej przygody. Oprócz tradycyjnych portretów, karykatur, satyr i humoresek, przyszło mi projektować także winiety do artykułów. A przede wszystkim miałem na łamach „Życia” swoją stałą, kameralną galerię, którą sobie bardzo ceniłem. Wiele zamieszczonych tam prac ma już dziś wartość historyczną, na przykład – rysunki nieistniejących już zaułków czy portrety osób które już odeszły na zawsze. Praca w redakcji wyznaczała mój rytm życia aż do emerytury...

Po trzynastu latach pracy w redakcji „Życia Przemyskiego” Edward Kmiecik przeszedł w 1983 roku na wcześniejszą (z powodu choroby) emeryturę. Jego twórcza aktywność, mimo ciągłych zdrowotnych kłopotów, jednak zbytnio nie zmalała. Nadal współpracował z „Życiem Przemyskim”, a później z tygodnikiem „Pogranicze”. W 1983 roku otrzymał nagrodę Prezydenta Miasta Przemyśla; brał udział w licznych wystawach zbiorowych, miał kilkanaście wystaw indywidualnych, z których największą (około 300 prac) była prezentacja w Domu Sztuki w Rzeszowie w 1981 roku. Szerokim echem odbiła się też wystawa rysunku i szkła artystycznego w czeskiej Pradze w 1986 roku.

Uprawianą przez przeszło pół wieku, twórczość plastyczną Edwarda Kmiecika w znacznym stopniu uwarunkowały życiowe konieczności. Można teraz „gdybać”, co by było, gdyby miał większe możliwości realizacji w jego dyplomowej specjalności – szkła artystycznego. Niestety, w tej dziedzinie artysta odczuwa pewien niedosyt. Krótkotrwała praca w hucie „Wioletta” w Stroniu Śląskim, a później okazjonalne, nieliczne plenery, m.in. w Krośnieńskich Hutach Szkła, nie pozwoliły mu zbytnio rozwinąć skrzydeł, choć jego „szklany” dorobek budzi uznanie i szacunek oryginalnością form i różnorodnością technicznych rozwiązań.

Najpełniej, najchętniej i najcelniej jako artysta wypowiada się w rysunku. Jego charakterystyczna kreska jest silnie zindywidualizowanym, powszechnie rozpoznawalnym wyróżnikiem. I obojętne czy będzie to rysunek ołówkiem, tuszem, pastelą, kredką, patykiem, czy węglem. Określa się jako realista, czerpiący inspiracje z tego, co go otacza. Jest znakomitym obserwatorem natury, a przenosząc swe obserwacje na papier poddaje je ścisłej selekcji, operując skrótem, unikając zbędnych uszczegółowień. Nie stracił też wprawy w posługiwaniu się innymi technikami – zwłaszcza akwarelą.

- Miałem w życiu to szczęście, że dane mi było pracować w zawodzie, który sam sobie wybrałem i ukochałem jeszcze w dzieciństwie. Wiem, że to dość rzadki, życiowy przywilej. Zdaję też sobie sprawę, że ciągle, jako artysta, mam wiele do zrobienia...

Twórczość Edwarda Kmiecika to ciągle otwarta karta, warto wszakże zwrócić baczniejszą uwagę, nie tylko na artystyczny ale i na dokumentacyjny walor jego dokonań. Utrwalając wiele, nieistniejących już, fragmentów Przemyśla i ziemi przemyskiej, portretując setki, tysiące, znanych i mniej znanych, postaci, wpisuje się on mocno w bogate tradycje i tożsamość kulturalną naszego regionu.

 

Zdzisław Szeliga